Po godzinachMaxirefleksjeProblem polskich kazań?

Problem polskich kazań?

 14.04.2015

 

Ten komentarz jest odpowiedzią na krytykę polskich kazań. Ostatecznie zainspirował mnie Piotr Żyłka („Do seminarzystów i księży”) i Małgorzata Wałejko ("Nie-Dobra Nowina. Bóg polskich kazań"). Ale że sprawa ta siedzi mi od dawna na wątrobie, to i ja powiem szczerze, co myślę. Najpierw będzie to komentarz emocjonalny a potem refleksja systematyczna, w której jednak nie pożegnamy się całkiem z emocjami.

 

1. Komentarz emocjonalny

Ludzie kochani! Co Wam się stało? Przecież jeszcze  nigdy w historii Polski nie było tak dobrze z kazaniami jak jest dzisiaj! Nigdy dziesiątki tysięcy nie słuchało rekolekcji przez Internet! Nigdy żaden polski duchowny nie gromadził tylu co Szustak czy Pawlukiewicz! Nigdy nie było takich możliwości odsłuchania kazań, jakie są dzisiaj: w samochodzie, w Internecie, na spacerze z mp3! (formaty do wyboru: audio, video, prywatne strony z tekstami, setki książek). Nigdy w Polsce nie było tylu samochodów, autobusów, rowerów i pociągów, żeby dojechać do innego kościoła! Nie widzicie tego? Naprawdę? Nie potraficie usłyszeć i dzielić się Dobrą Nowiną?! Jeszcze 25 lat temu każdy z moich rówieśników mógł tylko pomarzyć o dobrych kazaniach. Czytało się Skargę i tyle. Czemu więc zamiast cieszyć się i dziękować Bogu, to narzekacie?

Jak by się czuł Jezus i jego uczniowie, gdyby jeden z nich „wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia” wyjechał z tekstem: „Jest fatalnie, Jezu. Nauczałeś trzy lata i co z tego? Nie zrozumieli Cię. Zabili. Z 5 tysięcy, którzy dostali chleb, żaden nie był po Twojej stronie. Z tych, co pili wino w Kanie, ani jeden nie przyniósł Ci nawet wody. Z tych, których wskrzesiłeś, żaden nie przyszedł na pogrzeb. Już kiedy mówiłeś o Chlebie, zaczęli od Ciebie odchodzić. Bez sensu trzymać się tak trudnych tematów. A my, którzy słuchaliśmy Twego słowa codziennie, nawet nie byliśmy w stanie wytrwać pod krzyżem. I Ty teraz mówisz, że posyłasz nas do ludzi? Z czym do ludzi? Z takim słowem? Przecież ono nie działa! Jeśli Ty, doskonały kaznodzieja, nie byłeś w stanie za 3 lata zebrać nawet kilkudziesięciu osób, to co my możemy? Ludzie i tak nie przyjdą do Kościoła!"

Można było wygarnąć Jezusowi. Można było wygarnąć też uczniom. Ale ludzie Wielkiej Nocy zamiast narzekania słyszą: „Pokój Wam! Weźcie Ducha Świętego”.

Zamiast krytyki kazań, trzeba było wybrać parę pozytywnych przykładów. Podziękować za nie i podzielić się Duchem Świętem tak autentycznie, żebyśmy jego mocą mówili do ludzi chociaż trochę lepiej. Wystarczyło postawić na Dobrą Nowinę...

 

2. Komentarz systematyczny

a) jest źle

Oczywiście, że jest źle z polskimi kazaniami. Tak jak jest źle z kazaniami we Włoszech, Niemczech, Anglii czy Ameryce. Tak jak jest źle z troską o liturgię, o śpiew. Jak jest źle z religią, katolickimi mediami i dziennikarską rzetelnością. I tak jak jest źle ze świeckimi, do których można się doczepiać całą wieczność, sypać anty przykładami z rękawa i straszyć, że jeśli się nie poprawią, to odejdziemy od kapłaństwa, bo naszym powołaniem było pracować z owcami a nie z …

Jest źle. Czyli jest normalnie. Kościół bowiem jest szpitalem, w którym chorzy są również księża. Nie każdy z nas ma talent do kazań. Wielu z nas jest niewiernymi Tomaszami, którzy nie potrafią mówić „Pan mój”, bo to jeszcze nie ta niedziela. Wielu, chociaż zobaczyło Jezusa Zmartwychwstałego, dalej zamyka się z lęku przed innymi ludźmi, bo nie nadeszła jeszcze godzina Ducha. Wiemy, jak trzeba głosić, tak jak chorzy z amputowanymi nogami wiedzą, co to znaczy chodzić. Ale łzy nam płyną po policzkach, kiedy siłą wyciągacie nas z wózka i mówicie: „Wstawaj! Chodź! Bo inaczej nie uwierzę w Jezusa”.

Jeżeli wierzycie w Chrystusa, bądźcie miłosierni.

 

b) na chorobę lekarstwo

Skoro jest źle, to trzeba szukać odpowiednich lekarstw.

Przede wszystkim warto się za księży modlić. Modlić za ich słowo. Jeśli wierzycie w siłę modlitwy.

Można i pisać artykuły o kazaniach, ale osobiście jestem sceptykiem. To tak jak z tymi słynnymi bilbordami. Już widzę, jak księża czytają takie teksty, nawracają się, zmieniają sposób głoszenia i teraz już będą głosić dobrze. Już dużo lepiej byłoby kierować konkretne uwagi do konkretnego księdza. Pamiętając jednak o tym, że nikt nie trafi do wszystkich. I nie ma takiego księdza, który do nikogo nie trafił.

Można poprawić homiletykę w seminarium, ale ta wbrew pozorom nie jest taka zła. Już 20 lat temu nagrywaliśmy swoje kazania kleryckie na video, by móc potem dyskutować nawet nad wyglądem kaznodziei.

Można być bliżej Jezusa. To fakt. Wbrew pozorom staramy się. Jeździmy na rekolekcje. Modlimy się codziennie. I wiemy, że bez bliskości z Nim nie da się mówić o Nim. I choć różnie z tą naszą świętością, to przecież nikt nie wytrzymałby 6 lat w seminarium, gdyby nie miał osobistego doświadczenia Jezusa i Pana. Wiemy też, że chociaż nasi rodzice nie wyglądali na zakochanych, to jednak się kochali. I wiemy też, że bez bliskości z Bogiem nie da się czasem słuchać nawet najlepszych kazań.

Zawsze może być lepiej i to nie jest tak, że my nie chcemy nad tym pracować. Każdy z nas chciałby mówić dobre kazania, tak jak każdy niewidomy chciałby kiedyś widzieć. Pytanie tylko, czy wszyscy mamy w sobie na tyle pokory, żeby przyjąć, ze niektórzy do końca życia nie będą widzieli, a niektórzy do śmierci będą mówić kiepsko?

 

c) niebezpieczeństwo wyrywania tekstu z kontekstu

Kazanie to jest tylko 10 min ze 168 godzin tygodniowych księdza. Absolutnie niesprawiedliwa jest ocena kazań, jak się księdza osobiście nie zna. Bo to tak jakby wyrwać tekst z kontekstu. Nie pamiętam żadnego kazania z liceum. Nie przypominam sobie, żeby proboszcz czy wikarzy byli wspaniałymi kaznodziejami. Często spałem na kazaniach, zwłaszcza jak już grałem na weselach. Ale w życiu bym nie narzekał na tych księży. Oni robili kawał dobrej roboty. Mówili kazania swoim życiem, gestem, uśmiechem, wyjazdem na pielgrzymkę, zachowaniem w zakrystii.  A ja doświadczyłem Boga we wspólnocie, nie dzięki kazaniom. Trochę łatwiej o ten kontekst na wioskach, bo gdzie jest takie poczucie Kościoła, wspólnoty w dużych miastach jak tam na prowincji? Słuchanie kazań bez wspólnoty to trochę jak całowanie bez relacji. Nie podoba się ksiądz, jego kazania czy wspólnota, to ją zmień. Ale nie bądź duchowym singlem, który skacze od parafii do parafii i Kościół rozumie nie w kategoriach wspólnoty, ale jako centrum religijnych usług. Zawsze będziesz narzekał. Bo w Kościele nie szukasz Kościoła.

 

d) niebezpieczeństwo oceniania ziarna bez wzrostu

Kontekstem kazania nie jest tylko życie księdza, ale przede wszystkim życie słuchacza. I to ono jest świadectwem jakości głoszonego słowa. Dziwi mnie, kiedy mówi się, że z kazaniami w Krakowie jest lepiej niż na wsiach. Pod jakim względem? To tak jakby powiedzieć, że w jednej miejscowości jest lepszy zasiew, bo traktory są ładne, a w drugiej miejscowości gorszy, bo ludzie sieją ręcznie. Może i na wsiach pracują księża mniej wykształceni, może i czasem nie są mistrzami klasy A retoryki światowej. Ale wiara i życie ludzi, do których mówią przebijają niejednokrotnie świadectwo ludzi z wielkich miast, którzy choć wykształceni, to często nie mądrzy. To życie słuchaczy Szustaka, Pawlukiewicza i każdego z nas będzie dowodem jakości kazań. Ziarno ocenia się bowiem po owocach a nie po wyglądzie. Zdziwimy się na Sądzie listą homiletycznych przebojów.

 

e) problem rozbudzonych bodźców

Wielu dzieciom i młodym serwuje się dzisiaj tak zbombardowany świat impulsów zewnętrznych, że kiedy przychodzą do Kościoła, który działa prawie wyłącznie na poziome naturalnych bodźców, zaczynają się najnormalniej nudzić. W czasie jednych rekolekcji w Krakowie, żeby dzieci zachowywały się grzecznie w kolejce do spowiedzi, na ekranie leciał film. Bez tego nie było szans na pobożne oczekiwanie  przed własną spowiedzią. I znowu pod tym względem w Krakowie jest o wiele gorzej niż choćby w Myślenicach czy na małych wioskach. 

Czujemy nacisk ze strony ludzi, żeby być bardziej interesującymi. I pewno powinniśmy, Ale tą drogą wyścigu zainteresowań daleko nie zajdziemy. Jeżeli będziemy bombardować ludzi bodźcami, to ich uzależnimy. A jeśli oni będą uzależnieni od doznań zmysłowych, to świat ducha do nich nie dojdzie.

 

f) problem intelektualnej uczciwości

Nie lubię, kiedy mówi się „polskie kazanie” czy „kazania w Polsce”. Ile trzeba bowiem wysłuchać kazań, żeby odważyć się na takie uogólnienie? Jeśli jednak musimy robić jakieś podsumowania, to róbmy je na podstawie tych kazań, które są najwięcej słuchane przez ludzi w Polsce. Weźmy 10-20 kaznodziei o największym zasięgu i zobaczmy, jakiego Boga oni właściwie głoszą. Wtedy okaże się, że Bóg polskich kazań jest dobry. Że in vitro, polityka i antykoncepcja nie są żadnymi tematami a Ewangelia jest ciągle światłem głoszonego słowa. Mówić bowiem o polskich kazaniach na podstawie doświadczeń nawet kilkunastu wiosek i miasteczek, to tak jak by mówić o mass mediach w Polsce na podstawie kilku gazetek parafialnych i jednego radia diecezjalnego. Tak się po prostu nie robi. Zwłaszcza kiedy się apeluje do innych o poprawę.

 

Jeśli ktoś doczytał do końca, to w bonusie otrzymuje anegdotę.:)

 

Kraków. Ruczaj. Rok bodajże 1999. Po rekolekcjach adwentowych dla młodzieży spotkanie animatorów. Każdy mówi, jak te rekolekcje przeżył. Każdy narzeka. Ja też. Bo rekolekcjonista naprawdę fatalny. Na końcu zabiera głos jedna dziewczyna:

- A ja z każdego kazania zapamiętałam jedno zdanie. Z niedzieli takie…. Z poniedziałku takie….

- Co Ty? Poważnie? Przecież tego nie dało się słuchać!

- Ja zawsze podchodzę do każdego kazania tak, żeby zapamiętać chociaż jedno słowo. I zawsze da się.

 

No właśnie. Bo nie chodzi w kazaniach o to, żeby się podobały, albo żeby pamiętać je całe, ale żeby chociaż jedno słowo wprowadzić w życie. No chyba że ktoś woli budować na piaskach.

 

PS.

Kto jeszcze nie słyszał tego kazania, to zachęcam: 

„Dlaczego Bóg nie mówi przez kazania”

 

Podobne