Po godzinachMaxirefleksjeW obronie (nie)własnych niepokojów

W obronie (nie)własnych niepokojów

18.10.2015

 

Może nie powinno się pisać w swojej obronie. Bo to trochę jak z tłumaczeniem kawałów. Zaniża się poziom i na końcu zostaje jakiś niesmak. Piszę jednak, bo wielu oburzył głos w sprawie „kościelnych rozwodów”, a nie chciałbym stawiać murów przed żadnym człowiekiem. 

 

1. Nie jestem za Komunią dla rozwodników. Nie jestem przeciw niej. Jestem za szukaniem rozwiązań. Pytacie, po co szukać rozwiązań, skoro wszystko jest oczywiste? Gdyby zakaz Komunii dla rozwodników współżyjących ze sobą był sprawą oczywistą i należał do niezmiennej doktryny Kościoła, to nie miałoby żadnego sensu dyskutowanie o tym na Synodzie. Albo stwierdzimy, że przyczyną całego zamętu jest Papież Franciszek, bo pozwala na dyskusję nad oczywistymi sprawami i nie karze kardynałów za to, że mają inne zdanie, albo stwierdzimy, że sprawa nie jest oczywista. Można uważać za bezsensowne zarzucanie sieci rankiem po nieudanym nocnym połowie. Ale jeśli nie ma zakazu, nie można mieć pretensji do ludzi, którzy sieć zarzucają. Skoro Instrumentum Laboris podaje, że tę sprawę trzeba starannie zbadać (pkt 122), to przecież próbując zrozumieć problem, stoję po stronie Ojca Świętego. Bałbym się o swoją wiarę o wiele bardziej wtedy, gdybym uważał za oczywiste coś, co dla Kościoła i dla Piotra oczywiste nie jest. A nie da się zbadać problemu lepiej, niż wytaczając argumenty przeciwne. 

 

2. "Po co jednak o tym publicznie pisać? Niech dyskutują na Synodzie, może nawet za zamkniętymi drzwiami, a ludziom wierzącym niech księża podają tylko to, co pewne, a nie robią zamętu w duszach”. To jest mądre pytanie. I to trzeba przemyśleć. I przemodlić. I przemodlę. Bo to ani moja praca, ani mój zarobek. A przecież żadnego sensu dla księdza nie ma publicystyka, gdyby miała ona odwodzić od Boga i Kościoła. Jaki sens będzie jednak miało to, że ja będę milczał, jeśli i tak Deon, GN, TP, Fronda, czy ojcowie synodalni pisać będą o zdaniach, które sieją w duszach zamęt? Albo zakażemy jakichkolwiek kontrowersyjnych informacji, albo będziemy mieli równe pretensje do wszystkich, albo nauczymy się spierać. Bo pluć już umiemy. W dużej mierze, to nasza księżowska wina, że nie uczyliśmy ludzi dyskutować, że nie tłumaczyliśmy od dziecka, że są sprawy bezsporne i są sprawy zmienne. Może nawet zgrzeszyliśmy forsowaniem prymatu posłuszeństwa nad myśleniem i obłudy nad szczerością. Bóg jest świadkiem, jak bardzo zależy mi na Kościele. I jeśli cokolwiek piszę, to dlatego, że od wielu lat leży mi na sercu, by nasza wiara w Chrystusa była bardziej racjonalna i bardziej przepełniona miłością. Bo tylko wiara rozumna jest w stanie przetrwać dłużej aniżeli wiara silna. Plus ratio quam vis. Bo tylko miłość jest w stanie stworzyć wszystko z niczego. Deus caritas est. Tylko tam gdzie prawda, miłość i rozum są nierozerwalne, wiara daje życie wieczne a nie tylko poczucie doczesnego bezpieczeństwa.

 

3. Nie da się wszystkim dogodzić. Mnie też irytują niektórzy biskupi, księża, świeccy czy gazety. Nie znoszę flaków i nie lubię psów, odkąd jeden mnie pogryzł. Zazwyczaj więc robię tak, że jak coś mi nie podchodzi, to do tego nie podchodzę. Nie dlatego, że gardzę. Po prostu rozumiem, że jeśli ja mam alergię na kwiaty, to wcale nie znaczy, że kwiaty są heretyckie. Nie wszystko jest dla wszystkich. Piszę tylko na własnej stronie. Zdarza się, że opublikują to inne portale, czasem za zgodą, czasem i bez zgody. Jeżeli jednak moje myślenie komuś nie podchodzi, proszę o nie czytanie. A przynajmniej nie czytanie publicystyki. Jest setek kazań, medytacji, rekolekcji na tej stronie. Tam zamętu raczej nie ma. Modlę się za tych, którzy mi złorzeczyli. Niech Bóg za każde złe słowo odpłaci im stokrotnie miłością i dobrem. Tym, co mówili o ignorancji, obiecuję doczytać. Nie jestem specjalistą od małżeństwa. Mam tylko takie wykształcenie jak arcybiskup Gądecki. Dlatego dzielę się myślami, nie traktatami. Zachęcam specjalistów, żeby dzielili się argumentami. Bo stanowiska znamy wszyscy. Obiecuję również, że doczytam i przeproszę jak zobaczę w swym myśleniu błędy. I też to, że trudniejsze teksty będę opisywał znakiem „szlak czarny”, żeby nikt nie miał pretensji, że się wywalił na zbyt stromej ścianie.

 

Jeszcze raz przepraszam, jeśli zabolało. Dziękuję za każdy głos, nieewangelicznie emocjonalny i sensownie krytyczny. A tych, których nie boli takie myślenie, a nawet jeśli czasem, to potrafią wybaczyć, zapraszam do części drugiej. 

 

Szlak czarny

 

4. Co do spraw oczywistych i niepokojów jest ich o wiele więcej niż pisałem. Też się niepokoję o to, że Komunia nie przymnoży wiary a zachęci do grzechu. Że oczywistym jest zniewolenie świata seksem i oczywistym jest to, że nie po to zrezygnowałem z rodziny, żeby zmieniać Ewangelię o rodzinie. Wrócę jednak tylko do tych niepokojów i postulatów, które najbardziej mogą oburzać.

 

a) Rozumiem różnicę między celibatem a sakramentem małżeństwa. I pisałem o tym, że jest na to uzasadnienie teologiczne. Ale czy naprawdę nie niepokoi was to, że z jednej strony robimy huczne prymicje księży, ślub wieczyste sióstr a potem zwalniamy ich z przyrzeczeń i ślubów? Czy nie niepokoi was to, że jeśli ksiądz pobije świeckiego, to podpada tylko pod prawo cywilne, a jeśli świecki, to również pod kościelne? (bo jaki inny sens ma kanon KPK 1370?). Rozumiem prawo, tak jak rozumiem, że nie wszystkie psy gryzą, ale nie miejcie pretensji, że się boję psa, bo mnie kiedyś pogryzł. Niepokoję się, że prawo w Kościele nie do końca mówi o tym, że jesteśmy braćmi i siostrami. Równymi. Również w kwestii praktyki pokutnej. A chciałbym bardzo, by było, bo o równości mówi Jezus.

 

b) Argumentacja, że nie należy poluzować praktyki pokutnej wobec małżonków, bo i za inne grzechy nie ścigamy tak bardzo, nie jest bezsensowna. Jeśli abp Paetz może spokojnie jeździć na uroczystości, a ponoć winny pedofil odprawiać Mszę św., to jest to dowód na to, że są mniejszymi grzesznikami niż samotna kobieta, która opuszczona przez męża, zamieszkała z innym mężczyzną. Jeśli ojciec karze dziecko za kradzież stu złotych [bo jak mogło!] a nie karze za tysiąc [dziecko trzeba zrozumieć], to zaczynamy przypominać chorą świecką mentalność, która ściga za batony a przekręty na miliony chce wynagradzać zwycięstwem w wyborach. Prawo pokutne nie tylko rodzi się z doktryny, ale i doktrynę rodzi. Kościół jest matką. Nie może sprawiać wrażenia, że stoi po stronie „lepszych” dzieci, bo nigdy gorsze nie uwierzą, że wszystko dzieci są równe. Kto odpowie przez Bogiem za utratę wiary ludzi w to, że wszyscy jesteśmy tak samo kochanymi dziećmi Boga?

 

c) Dalej podtrzymuję, zwłaszcza po komentarzu o. prof. Dariusza Kowalczyka, że mamy problem z rozumieniem grzechu i łaski w praktyce pokutnej, KKK i KPK. Logika KKK i KPK była logiczna. Do Komunii nie można przystępować w grzechu ciężkim, bo on zrywa więź z Bogiem. Trzeba zatem wszystko robić, żeby w grzechu ciężkim nie żyć, bo po śmierci naraża się człowiek bezpośrednio na piekło. Rozwiedzeni, jeśli cudzołożą, nie mogą przystępować do Komunii, bo żyją w grzechu ciężkim. Jeśli tak się sprawy mają, to całe duszpasterstwo małżeństw niesakramentalnych powinno iść w tym kierunku, żeby ich odciągnąć od współżycia, bo chodzi o życie wieczne! Tłumaczenie, że oni cudzołożąc, niekoniecznie żyją w grzechu ciężkim, że mogą żyć w łasce uświęcającej, ale nie sakramentalnej, że mogą żyć w zbawczej relacji z Bogiem, robi tylko zamieszanie. Bo nie ma żadnych podstaw prawnych, aby zabronić Komunii tym, którzy nie żyją w grzechu ciężkim. A twierdzić, że oni żyją w grzechu ciężkim obiektywnie, ale subiektywnie żyją w stanie łaski uświęcającej, to jest herezja, którą ścigał już Trydent. Albo się ma więź z Bogiem, albo jej nie ma. Jak można mieć zbawczą relację z Bogiem cudzołożąc? Jak można cudzołożąc, nie popełniać grzechu ciężkiego i jednocześnie nie móc przystępować do Komunii? Jeśli można, to trzeba zmienić KPK, KKK i głosić ludziom dobrą nowinę o zbawczej relacji z Bogiem pomimo cudzołóstwa.

A swoją drogą ciekawe, jaki charakter ma łaska związana z odprawianiem Mszy św. w kościołach zbudowanych za kradzione materiały. Czy brak łaski sakramentalnej związanej z wewnętrznym charakterem łaski sakramentu pokuty, zobowiązującym do zadośćuczynienia za wyrządzone krzywdy, nie sprawia, że budowniczy kościoła nie mogą przystępować do Komunii?

 

d) Może trzeba podjeść do nierozerwalności małżeństwa tak jak do natury światła? Czy jest ono falą czy cząsteczką? Jest tym i tym. A może jak z kwantami? Czy małżeństwo jest nierozerwalne czy rozerwalne? I tak i tak. Dlaczego? Bo ma naturę bosko-ludzką. Czy Jezus nie wiedział, kiedy będzie koniec świata? I tak i nie. Jako Bóg wiedział. Jako człowiek nie. Czym zatem różniłaby się Ewangelia od świeckiego podejścia do małżeństwa? Tym, że Kościół [=Bóg] daje gwarancję, że jeśli młodzi chcą, by ich małżeństwo było nierozerwalne i udzielą sobie tego sakramentu, to nic i nikt nie jest w stanie ich rozdzielić. Dobra Nowina chrześcijaństwa polega na głoszeniu małżonkom: „Nie musicie się lękać! Dacie radę! Nie jesteście sami! Bóg was nie opuści!” Bóg jako wszechmogący może utrzymać to, co bez Boga do utrzymania jest prawie niemożliwe. Gdyby małżeństwo było nierozerwalne, bez sensu brzmiałby słowa: „Co Bóg złączył, niech człowiek, nie rozdziela” (Mt 19,6). Raczej Jezus by powiedział: „Wy sobie możecie rozdzielać, ale i tak ważne jest tylko pierwsze” albo „Albo co Bóg złączył, nie jesteście w stanie rozdzielić”. Gdyby zabójstwo nie było możliwe, bez sensu brzmiałyby słowa: „Nie zabijaj”. Tryb rozkazujący „me choridzeto” – „niech nie rozdziela!”, ma sens tylko wtedy, kiedy rozdzielenie realnie jest możliwe. Co więcej, „me” (nie) połączone z trybem rozkazującym czasu teraźniejszego, można też rozumieć w sensie: „Niech nie kontynuują rozdzielania”, czyli „przestańcie rozdzielać, co Bóg złączył”, a to znaczy, że jednak rozdzielają. Ponadto jeżeli nierozerwalność rozumiemy w sensie absolutnym, wtedy śmierć jawi się nam jako niebywały i nielogiczny dramat. Nie mogący żyć bez siebie całe życie małżonkowie nie są już po śmierci ze sobą złączeni. Natomiast wierzący, którzy zawarli przymierze z Bogiem przez chrzest, zostają z Nim rozdzieleni na wieki, bo grzech ciężki, w którym umarli okazał się mocniejszy niż przymierze chrztu zawarte w Jezusie Chrystusie. Jeśli grzech ciężki jest w stanie rozdzielić nas od Boga na wieki, to czy nie jest nielogicznym twierdzenie, że nic nie jest w stanie rozdzielić małżonków? Jeśli małżeństwo jest nierozerwalne w sensie absolutnym, to wielkim problemem wcale nie jest Komunia dla rozwodników, ale herezja powszechnego przekonania wiernych, że małżeństwa jednak się rozlatują.

 

e) Na synodzie mówi się o potrzebie zmiany podejścia duszpasterskiego do rozwodników. Może gdzieś to jest problem duszpasterski. Nie widziałem. W mojej wsi od dziecka wiedziałem, kto nie ma ślubu kościelnego. Nikt ich nie napiętnował, oni chodzili do kościoła. Nie przyjmowali nigdy Komunii. Tym różnili się od wielu, którzy przystępowali do Komunii dwa razy na rok. To samo w Krakowie na Ruczaju i u św. Anny. Podobnie w ponad 20 parafiach kilku krajów, gdzie byłem chociaż na jeden miesiąc. Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek źle traktował "małżeństwa niesakramentalne." Może da się coś zrobić więcej, ale jeśli to jest najgorętszy duszpasterski problem Kościoła, to mi strasznie żal rozeznania problemów. 

 

Wiem, że nie ma żadnych podstaw prawnych, by kobietę chorą od 18 lat leczyć w szabat. Wszystkie argumenty są za tym, żeby poczekała jeszcze jeden dzień. Bo jak się zrobi wyjątek, to nawet kupować będą w niedzielę. I nawet w sklepiku parafialnym. Może i też nie ma żadnych argumentów za tym, żeby udzielić Komunii rozwodnikom nawet po 18 latach pokuty. Przecież mogą przestać współżyć. Dzięki Chrystusowi wiem jednak i to, że jeśli miłość do prawa nie prowadzi do prawa miłości, a stosunek do człowieka nie uzdrawia człowieka, to raczej nie są to stronnice Nowego Testamentu.

 

 

Przeczytaj również:

 

Cz. I - W sprawie kościelnych rozwodów

 

Cz. III - Uwagi marginalne w sprawie Synodu, Komunii i rozwodów

Podobne