Po godzinachMaxirefleksjeTrzy bóle i radości roku 2015

Trzy bóle i radości roku 2015

1.01.2016

 

Rok 2015. Skończył się. Do tysięcy bilansów i wspomnień chcę dołączyć i swoje. Da Bóg, że wymiana myśli pomoże. Albo przynajmniej nie zaszkodzi.

 

Najpierw trzy myśli smutne.

 

1. Nie wyrabiam się. To był pierwszy rok, w którym nie odpisałem na wiele maili, nie spotkałem się z tymi, którzy chcieli się spotkać. Nawet nie wyspowiadałem wszystkich, co prosili o spowiedź. Chyba nie wrócą już czasy, w których będę w stanie ogarnąć to wszystko, co chcą inni.

Nie wiem dokładnie, jak sobie radzą ludzie, choć pytam wielu. Wiem, że nawet najlepsza organizacja systemu pracy nie pomoże. Sens miałaby rejonizacja, ale chyba ludzie nie są jeszcze gotowi na to, żeby spowiadać i rozmawiać tylko z parafianami czy tylko z własnymi studentami.

Przyszedł pewno czas na życie, w którym brak odpowiedzi jest odpowiedzią a selekcja spraw i ludzi nie jest brakiem miłości. Na razie to jeszcze boli. I zapewne nie mnie najbardziej. Być może jednak krzyż trzeba wpisać na stałe w relacje nieobecności.

Przepraszam tych, których zabolało z mojego powodu w roku 2015.

 

2. Druga smutna sprawa to Polska. Zdumiony czytałem wypowiedzi profesorów, księży, publicystów wielkich, prawie autorytetów. Może jak nigdy uświadomiłem sobie, że nie chodzi o prawdę i argumenty, że ani nauka, ani wiara, ani poświęcenie dla innych nie daje żadnych gwarancji intelektualnej uczciwości. Od 6 lat jestem w Polsce. Nie zauważyłem, by ktoś zmienił zdanie. Po co więc dyskusje? Wiadomo, kto jest za kim, kto milczy a kto będzie pluł zawsze w tę samą stronę. Tak ciężko mi znaleźć na polskim horyzoncie jakieś medium, osobę, autorytet, któremu mógłbym zaufać, zaufać, że mu chodzi o prawdę a nie przekonanie, dobro narodu a nie swoje, racje obiektywne a nie obiektywną stronniczość. Byłem naiwny sądząc, że może ludziom jednak zależy na tym, by wiedzieć jak jest. Byłem naiwny myśląc, że warto rozmawiać, szukać argumentów, cierpliwe tłumaczyć i studiować dogłębnie. To był rok, który wykuł we mnie przekonanie, że celem księdza jest nie tyle szukać dróg do nawrócenia człowieka, co dróg, które nauczą żyć z człowiekiem, który się nawrócić nie chce.

 

3. Najbardziej jednak chyba zabolał mnie pogrzeb abpa Wesołowskiego. Pochodzę z tej samej parafii. Człowieka znałem od lat, więc sprawa bolała od samego początku. I to z różnych powodów. Nawet tak niby drobnych jak brak jasnego stanowiska Watykanu w sprawie (nie)przeniesienia do stanu świeckiego. Ale do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego na pogrzebie nie było żadnego nuncjusza. Pijak pijakowi przyjdzie na pogrzeb, ale nuncjusz grzesznikowi nie przyjedzie. A przecież pracował w dyplomacji watykańskiej kilkadziesiąt lat! Z podziwem słuchałem jak prości ludzie ze wsi mówili: Trzeba iść pomodlić się za niego. Trzeba iść na pogrzeb, bo on tego potrzebuje. No przecież, gdyby mój brat umarł nawet współżyjąc z kozą, to bym przyjechał na pogrzeb. Nie dlatego, że popieram kozy, ale dlatego, że to mój brat. Gdyby moja siostra zabiła dziecko, to bym przyjechał na pogrzeb. Nie dlatego, że jestem mordercą, ale dlatego, że to moja siostra. Czy to tak trudno zrozumieć? Żadna dyplomacja, żadna opinia publiczna i żaden PR nie usprawiedliwia tego, że brat wyrzeka się brata. Chyba, że nie jesteśmy braćmi, tylko kolegami z układu, chyba, że nie jesteśmy Kościołem, tylko korporacją. 

 

Ze spraw najbardziej dobrych, trzy niech staną się publiczne.

 

1. Bóg. Im trudniej uwierzyć mi ludziom, tym coraz częściej powraca Bóg. Módl się więcej. Medytuj moje Słowo. Świata nie zmienisz. Kościoła nie naprawisz. Nerwów nie uspokoisz. Ty jesteś od tego, żeby być bardziej ze Mną.

Może to jest pokusa ucieczki od tego, co trudne, ale przecież relacja z Bogiem łatwa nie jest. Przecież prościej napisać komentarz o politykach. Zdaje się więc, że powracające pragnienie powrotu do Niego, do głębi, która daje pokój i dystans, to jest to, czego trzeba się trzymać najbardziej. Żadna rozmowa o Kościele i państwie nie ma sensu, jeśli Bóg nie jest bardziej we mnie niż ja jestem.

 

2. Dystans. Jedna z najlepszych decyzji, jakie podjąłem w życiu, to wyjazd do Rzymu. Nie chodzi nawet o habilitację, choć praca idzie nieźle. Chodzi o dystans. Parę miesięcy od Polski, od Krakowa, od swoich i nie swoich spraw wpuściły tyle światła, że nie mam wątpliwości co do tego, że to dystans jest jednym z najlepszych narzędzi pokoju. Dlatego może Bóg czasem jest tak nie za blisko. Pewno ludzie są różni, ale kto wie, czy każdemu nie zrobiłoby dobrze wyjście ze świata, w którym uważa się za niezastąpionego. I kto wie, czy większość naszych problemów nie bierze się z braku miłości, tylko z braku dystansu.

 

3. Trzecia radość roku 2015 to parafia. Z roku na rok staję się fanem parafii, tej machiny, która wbrew czasom i ludziom ciągnie Kościół po torach człowieka. Np. rekolekcje, powiedzmy wielkopostne. Przyjeżdża obcy gość. Na nauki chodzi 1-2 tys. ludzi. Tyle samo co przyjdzie na rekolekcje najlepszych kaznodziei Polski. Bo parafia to system. To wspólnota, która szalenie przypomina rodzinę. Charyzmaty gasną, ruchu się zmieniają, media przekształcają a ci jakby nigdy nic: roraty, rekolekcje, Gorzkie Żale, majówki, różańce a przede wszystkim Eucharystia, ta potężna niedzielna i ta w dzień powszedni, w której Pan Jezus zawsze zadba o to, żeby ksiądz nie odprawiał bez ludzi. 10 tys. parafii w Polsce i nie ma takiej, żeby na mszy nie było człowieka. Parafia coraz bardziej przypomina mi dom, rodzinę, w której narzeka się czasem na wszystko, ale do której się wraca, bo to jest po prostu dom.

 

Blaski i cienie padną pewno i na rok 2016. Nie wiem, czy przeżyję ten rok. Wiem, że chciałbym zbliżyć się w nim do Nieba, a jeśli będzie trzeba, to umrzeć jak wierzący ksiądz.

Podobne